Żywot Świętego Karola

S.M. Edyta Mittendorfer CSB

smarietta

2016-10-27

KAROL I JEGO RODZINA

W wielkim i wspaniałym zamku w Aronie, we Włoszech, mieszkał hrabiowski ród Boromeuszów. Zamek wznosił się nad jeziorem Lago Maggiore. Roztaczał się z niego przepiękny widok na okolicę: na wzgórza pokryte okazałymi winnicami, na lasy z olbrzymimi kasztanowcami i na błękitne Lago Maggiore z licznymi małymi wysepkami.
Hrabia Gilberto ze swoją żoną, księżną Małgorzatą, byli ludźmi bogatymi, a przy tym bardzo pobożnymi. Mieli dwójkę dzieci – Fryderyka i Izabelę.
Nocą, z pierwszego na drugiego października 1538 roku, jeszcze przed wschodem słońca, zamek zalśnił takim blaskiem, jakiego nigdy dotąd nie widziano. W pokoju zwanym „Komnatą Trzech Jezior” przyszedł na świat trzeci syn Gilberta i Małgorzaty. Chłopczyk otrzymał imię Karol. Wszyscy cieszyli się z pojawienia się wśród nich nowego członka rodziny.

Matka bez reszty poświęciła się wychowaniu dzieci, podczas gdy ojciec sprawował wysoki urząd w grodzie Arona. Rodzice zawsze służyli dzieciom dobrym przykładem, przede wszystkim w życiu religijnym. Każdego ranka hrabia i księżna spieszyli do kościoła na jutrznię, modlili się i odprawiali liturgię godzin. Uczestniczyli codziennie we Mszach świętych i przestrzegali postów. Tę szczerą miłość do Boga hrabia Gilberto przejawiał w miłości do bliźnich, udzielając wsparcia biednym i potrzebującym i pomagając, gdzie tylko mógł. Ponieważ małżeństwo Boromeuszów zawsze każdemu okazywało pomoc w potrzebie i to bardzo szczodrze, krewni obawiali się, że pewnego dnia sami zostaną biedakami. Wtedy hrabia Gilberto powtarzał: „Kiedy przyjmuję jakiegoś nieszczęśnika, to jestem pewien, że w przyszłości Pan Bóg zaopiekuje się też moimi dziećmi” Dobry przykład rodziców zapadł głęboko w serce małego Karolka, który później sam, tak jak jego ojciec, pomagał biednym i opiekował się chorymi.

Już jako siedmioletnie dziecko Karol był bardzo poważny i spokojny, dużo się modlił, pościł i uczestniczył w Mszach świętych. W domu budował małe ołtarzyki i naśladował sprawowanie Najświętszej Ofiary. Wówczas było w zwyczaju, że jeden z synów szlacheckiego rodu zostawał duchownym. Rodzice, widząc, że Karol jest niezwykle pobożnym młodzieńcem i ma do tego odpowiednie zdolności, zgadzali się z tym.

Aby wstąpić do stanu duchownego Karol musiał otrzymać solidne wykształcenie, co uważano za bardzo ważne i niezbędne. Dlatego ojciec wysłał go do Mediolanu. Tam chłopak mieszkał w pełnym przepychu pałacu Boromeuszów i prowadził wystawne życie, jak przystało na młodego arystokratę. Miał też swojego domowego nauczyciela. Ale nauka szła Karolowi dość ciężko i nie robił zbyt zadawalających postępów. Istniało bowiem coś, co mu w tym przeszkadzało i nad czym bardzo ubolewał: mianowicie jąkał się i to było przyczyną trudności w wysławianiu się.

W wieku szesnastu lat ukończył z trudem naukę w Mediolanie i rozpoczął studia na uniwersytecie w Pavii. Najbardziej cieszyli się z tego rodzice, bo stamtąd było już niedaleko do rodzinnego domu. Karol był zawsze bardzo pracowity i sumienny. Starannie odrabiał swoje zadania i wypełniał wszystkie polecenia, nawet, jeśli nie sprawiały mu one przyjemności. Pan Bóg obdarzył Karola wielkim talentem muzycznym. Był wspaniałym wiolonczelistą. W wieku dwudziestu lat młodzieniec pomyślnie ukończył trudne studia. Jego nauczyciel kiedyś tak o nim powiedział: „Karol dokona wielkich rzeczy i w Kościele będzie błyszczał niczym gwiazda”. Kiedy jeszcze studiował w Pavii, latem 1558 roku, zmarł jego ojciec.

WUJEK ZOSTAJE PAPIEŻEM

W grudniu 1559 roku wujek Karola, kardynał Jan Angelo de Medici został wybrany papieżem. Przyjął imię Piusa IV. Prawie natychmiast wezwał on do Rzymu swojego 21-letniego siostrzeńca. W dniu swojego przybycia do Wiecznego Miasta, 13 stycznia 1560 roku, Karol został mianowany kardynałem-sekretarzem, a więc najbliższym współpracownikiem Ojca świętego. Musiał pisać wiele listów, różnych interpelacji i próśb. W dniu 31. stycznia papież Pius IV wyniósł Karola do godności kardynała, a 7-go lutego 1560 roku mianował go administratorem archidiecezji mediolańskiej, chociaż ten nie miał jeszcze święceń kapłańskich, a tym bardziej biskupich. Nie mógł rozpocząć tam swojej działalności również dlatego, że papież pilnie potrzebował go przy sobie. Karol znalazł jednak dobrych współpracowników, którzy troszczyliby się o jego diecezję.

W Watykanie przydzielono mu mieszkanie, aby mógł poświęcić się działalności, którą zajmował się już w dzieciństwie i w czasach studenckich. Urząd papieskiego powiernika i współpracownika niezwykle go absorbował, więc nie miał zbyt wiele wolnego czasu dla siebie. Spał najwyżej pięć godzin na dobę. Mógł sobie trochę odpocząć grając w szachy czy w piłkę, bądź na polowaniu. Pracowitość i sumienność Karola wzbudzały w wielu ludziach podziw, a wówczas rosła też jego popularność. Był bowiem człowiekiem, który starał się każdemu, komu tylko mógł, natychmiast pomóc i to najlepiej jak potrafił. 

Karol studiował w Pavii prawo, ale o teologii czy filozofii nie miał zbyt wielkiego pojęcia. Zdawał sobie sprawę z niedostatków swej wiedzy, dlatego wykorzystywał każdą wolną chwilę i wszystkie wieczory na uzupełnianie studiów. W tym czasie wprowadzono tzw. „watykańskie noce”. Późnym wieczorem gromadzili się uczeni – wśród nich również Karol – i wygłaszano wykłady na różne tematy. Te wieczorne zebrania były dla Karola również dobrym ćwiczeniem na przezwyciężanie wady wymowy. Był znany z tego, że zrobił błyskotliwą karierę, ale dla niego nie miało to żadnego znaczenia, a jedynie przynosiło mu coraz więcej odpowiedzialnej pracy.

O wiele bardziej cieszyły go uroczystości weselne jego rodzeństwa. W czasie jednego z tak radosnych wydarzeń wydarzyło się nagle wielkie nieszczęście: jego brat, Federico, dostał gorączki i po tygodniu zmarł w ramionach Karola. Dla młodego kardynała była to chyba najboleśniejsza chwila, jaką dotąd przeżył, ale był to też moment zwrotny w jego życiu.

W sercu młodzieńca ponownie obudziła się tęsknota za stanem kapłańskim; od dzieciństwa był przekonany, że Bóg go do niego powołał. Z tego powodu doszło do nieporozumienia między nim a jego krewnymi. Brat Federico nie zostawił po sobie żadnego męskiego potomka i kontynuacja rodu Boromeuszów była zagrożona. Dlatego rodzina pragnęła, żeby Karol ożenił się, zanim przyjmie święcenia diakonatu. Młody arystokrata znalazł się w trudnej sytuacji. Nie wiedział, jak powinien postąpić. Aby wszystko sobie przemyśleć, postanowił powrócić do domu na okres 30 dni. W tym czasie szczególnie pomocny okazał się jego spowiednik.

Karol dużo się modlił o dar rozpoznania Woli Bożej i Pan Bóg udzielił mu duchowego wsparcia.  25-letni Karol 17-go lipca 1563 roku został wyświęcony na księdza. 15-go sierpnia u boku swojego wujka, papieża Piusa IV, odprawił prymicyjną Mszę św. w bazylice św. Piotra, a już 7-go grudnia tegoż roku otrzymał sakrę biskupią. Pełniąc posługę biskupa, Karol zamieszkał w pałacu, co zupełnie odmieniło jego życie. Zrezygnował jednak z wszelkiego bogactwa i zbytku, a nawet ze służby. Przez rozważania i pokutę nadawał swojemu życiu coraz bardziej nadprzyrodzony charakter. Coraz ważniejsze stawały się dla niego przyjaźnie duchowe. Nawiązał, na przykład, bliski kontakt ze świętym Filipem Neri, który w trudnych czasach zawsze stał po jego stronie. Karol nosił się również z zamiarem wstąpienia do klasztoru. Jednak jego serdeczny przyjaciel napomniał go, mówiąc: „Pan Bóg wezwał cię do Rzymu, żebyś służył pomocą papieżowi!”

W czasie bytności kardynała Boromeusza w Rzymie rozpoczął się tak zwany Sobór Trydencki – zgromadzenie kardynałów i biskupów, którzy obradują nad zmianami w Kościele i nad jego odnową. Ten sobór trwał prawie dwadzieścia lat. Papież Pius IV pragnął doprowadzić go do końca. Karol udzielał mu w tym dużego wsparcia. Obaj nie byli wprawdzie obecni na posiedzeniach i obradach w Trydencie, ale wysyłali tam swoich przedstawicieli, którzy kierowali soborem. Papież codziennie był informowany o jego przebiegu. Kardynał Boromeusz udzielał licznych rad przydatnych dla sprawnych obrad. Nagle papież bardzo ciężko zachorował i obawiano się nawet o jego życie. Gdyby Ojciec św. umarł, Sobór musiałby zostać przerwany. Lecz dzięki ofiarnemu zaangażowaniu Karola Boromeusza możliwe było szybkie jego zakończenie. 4-go grudnia 1563 roku odbyło się ostatnie posiedzenie Soboru. Wszystkie uchwały zostały ostatecznie przelane na papier. Owoce ciężkiej pracy mogły odtąd już być wprowadzane w życie.

KAROL W MEDIOLANIE

12-go maja 1564 roku papież Pius IV mianował swojego siostrzeńca arcybiskupem Mediolanu. Karol natychmiast poprosił o przeniesienie go do tego miasta. Wuj jednak wahał się, bo czuł się coraz słabszy, gdyż choroba szybko postępowała i ciężko mu było rozstawać się ze swoim wiernym i oddanym pomocnikiem.

We wrześniu arcybiskup kardynał Karol Boromeusz po raz pierwszy wyjechał do swojej biskupiej siedziby. Po drodze zatrzymywał się w miastach i wioskach, przez które przejeżdżał i dowiadywał się, jak wprowadza się w jego diecezji nowości, które zatwierdził Sobór Trydencki. Kiedy po trzech tygodniach wyczerpującej podróży dotarł wreszcie do Mediolanu, mieszkańcy zgotowali mu wspaniałe powitanie. Nic dziwnego, gdyż przez ostatnie 80 lat archidiecezja mediolańska nie miała swojego biskupa. Ludzie wylegli na ulice i wszystkie okna zapełniły się ciekawskimi. Karola przepełniała radość z powodu tak serdecznego przyjęcia i zaraz też skorzystał z okazji, by nawiązać kontakt z wiernymi swojej diecezji.

Ród Boromeuszów miał również w Mediolanie własną rezydencję, ale Karol wolał zamieszkać w swoim biskupim domu. Zaraz w pierwszą niedzielę arcybiskup Boromeusz odprawiał w przepełnionej katedrze uroczystą Mszę świętą.  Karol tęsknił za tym już od dawna: pragnął stanąć jako dobry pasterz wśród powierzonych mu wiernych. Pełen „świętego zapału” rozpoczął swoją posługę w Mediolanie. Najpierw zwołał do siebie wszystkich biskupów diecezjalnych, aby wraz z nimi omówić i zgłębić postanowienia Soboru Trydenckiego i próbować wprowadzić je w życie.

Nie minęły jeszcze dwa tygodnie od jego przybycia do stolicy Lombardii, kiedy pewnego dnia otrzymał wiadomość, że papież poważnie zachorował. Bez chwili wahania wyruszył w podróż do Rzymu, aby zastać jeszcze wuja przy życiu. Papież Pius IV zmarł 9-go grudnia 1965 roku. Konklawe wybrało na nowego papieża kardynała Ghislieri, który przyjął imię Piusa V. Był on świątobliwym człowiekiem. Wiele modlił się i pościł. Chciał jak najlepiej dla Kościoła. Również Karol okazywał mu wiele szacunku. Papież Pius V zlecił kardynałowi Boromeuszowi odnowienia życia zakonnego w istniejących klasztorach. Z tym ważnym poleceniem arcybiskup wrócił do Mediolanu.

Rozpoczął od odnowy życia kapłańskiego, gdyż księża mieli wówczas bardzo mizerne wykształcenie lub nie posiadali go wcale. Karol zaczął tworzyć seminaria dla przyszłych księży. Potem powiedział sobie: „Będę miał dobrych kapłanów, kiedy ich kształcenie będzie na odpowiednim poziomie”. W tym celu sprowadził najbardziej uzdolnionych duchownych ze wszystkich krańców Włoch, którzy mieli mu w tym dopomóc. Karol szukał również poparcia u przełożonych klasztorów. W roku 1563 wezwał do Mediolanu jezuitów, którzy mieli kierować tamtejszym seminarium. Jednak wielu seminarzystów przyłączyło się do tego zgromadzenia, co nie spodobało się arcybiskupowi, gdyż ciągle miał za mało księży diecezjalnych. Dlatego też Karol postanowił utworzyć dla swojej diecezji kongregację. Miała ona poświęcić się całkowicie sprawom diecezji. Jej przełożonym został sam kardynał. Kongregacja przyjęła nazwę „Oblaci świętego Ambrożego”.

W Mediolanie było też wiele klasztorów żeńskich. Większość z nich nie żyła już według reguł swoich założycieli czy założycielek. Arcybiskup wyznaczył kapłana, który był odpowiedzialny wyłącznie za członków zgromadzeń zakonnych. Jego wielki zapał, by odnowić życie wspólnot zakonnych, napotykał na wiele trudności.  Kiedyś omal nie przypłacił tego własnym życiem. Kilku mnichów zaplanowało na niego zamach. W czasie Mszy św., 26-go października 1569 roku, zamachowiec wszedł do domowej kaplicy arcybiskupa i z bliskiej odległości wystrzelił do kardynała. Korzystając z wielkiego zamieszania, jakie powstało wokół dostojnika, przestępca zdołał uciec. Karol zaś spokojnie dalej sprawował Najświętszą Ofiarę, gdyż został tylko lekko zraniony w plecy (Mszę św. odprawiano wówczas tyłem do wiernych)

Głównym celem działalności Karola było również dbanie o podstawowe wykształcenie biednych i prostych ludzi. Program nauczania szkół chrześcijańskich obejmował przede wszystkim naukę pisania i rachunków. Poświęcał bez reszty swe siły również temu, by przybliżyć dzieciom wiarę chrześcijańską. Dlatego zatrudnił kapłanów, którzy regularnie uczyli religii 20.000 małych mediolańczyków. Wspierał również placówki wychowawcze. W Pavii, gdzie sam kiedyś studiował, założył w pobliżu uniwersytetu kolegium dla studentów. Znaleźli się w nim nie tylko dzieci arystokratów, ale przede wszystkim ci, którzy byli bardzo zdolni, ale nie mieli pieniędzy na opłacenie studiów. Mogli tu mieszkać i jeść. Takie kolegia powstały też w innych miastach.

Karol Boromeusz pomagał, gdzie tylko mógł i każdemu, kto znalazł się w potrzebie duchowej czy materialnej. Wszystko, co posiadał, rozdawał ubogim. W swoim arcybiskupim domu nie cierpiał żadnych luksusów. Sam ubierał tylko znoszone szaty. Kiedy wizytował parafie, nie unikał żadnych trudności. Odwiedzał nawet bardzo odległe alpejskie wioski. To cenili sobie najbardziej zwykli, prości ludzie. Aby móc pokonywać strome górskie szlaki, kazał sobie zrobić buty z metalowymi hakami. Pewnego razu, przeprawiając się przez rzekę, o mało w niej nie utonął. Innym razem spadł razem z koniem z wysokiej skały. Jednak Pan Bóg, któremu zawsze bezgranicznie ufał, otaczał go swymi opiekuńczymi dłońmi, gdyż potrzebował go jeszcze w Swojej służbie.

Wszystkie parafie odwiedził przynajmniej raz, a większe – nawet dwa. Najczęściej zapowiadał swoje przybycie, aby ludzie mogli się przygotować. Nie chciał sprawiać zbyt wielu kłopotów, więc nakazywał, by wyżywienie i warunki mieszkaniowe były jak najskromniejsze. Po przybyciu udzielał w kościele swojego błogosławieństwa, a potem spędzał wiele godzin w konfesjonale. Odprawiał Mszę świętą, a kiedy w miejscowości był jakiś klasztor, również składał w nim wizytę.

Papieże i lud widzieli w tym niezmordowanym kardynale idealnego biskupa. Wszędzie rozpowiadano o jego gorliwości i zapale w służbie człowiekowi.

W roku 1570 urodzaj był bardzo marny i ludzie nie mieli prawie nic do jedzenia. Karol był zmuszony jakoś im pomóc, więc zaczął rozdawać żywność. Dom arcybiskupa prowadził „kuchnię ludową”, gdzie około 3000 ubogich otrzymywało posiłki przez kilka miesięcy.

Arcybiskup Mediolanu był również wytrwałym kaznodzieją. Prawie podczas każdej Mszy św. wygłaszał krótkie kazanie. Zazwyczaj jednak chodził po kościołach i głosił kazania. W tamtych czasach było to czymś niezwykłym. Ale ludzie jego diecezji tak bardzo leżeli mu na sercu, że uważał to za konieczne.

DŻUMA W MEDIOLANIE

Już od dłuższego czasu słyszano, że w okolicach Mediolanu wybuchła epidemia dżumy. Wielu ludzi ratowało się ucieczką; również kardynał nosił się z zamiarem opuszczenia miasta, ale czuł, że jego pomoc jest tutaj niezbędna. Zaczął studiować literaturę medyczną, by dowiedzieć się czegoś więcej o dżumie. Na obrzeżach miasta zaczęto zakładać domy dla zadżumionych, które niebawem były już przepełnione i ciągle musiano budować nowe. Arcybiskup oddał wszystkie środki, jakimi dysponował na potrzeby chorych: kazał rozdawać im żywność, zaopatrywał ich w lekarstwa, opłacał ich utrzymanie i odzież. Pewnego razu chciał odwiedzić lazaret, ale go tam nie wpuszczono. Krążył więc wokół szpitala. Chorzy, kiedy tylko go zobaczyli, zaczęli tłoczyć się w oknach, i prosić swego dobrodzieja o błogosławieństwo. To przeżycie bardzo wstrząsnęło Karolem. Westchnął: „Jak bardzo boli, że brakuje kapłanów, którzy ujęliby się za tymi najbiedniejszymi i otoczyli ich duchową opieką!” Urzędnicy miejscy polecili Boromeuszowi, by zatroszczył się o porządek w izbach chorych. Karol poprosił o to kapucynów, którzy dbali o dobro cielesne i duchowe najbiedniejszych. W barakach dla zadżumionych kazał pozawieszać krzyże, aby przypominały chorym o cierpieniach Chrystusa i dodawały im odwagi do znoszenia swojej choroby dla Jesusa. Budowano też prowizoryczne ołtarze, przy których codziennie odprawiano Msze święte. Sam arcybiskup słuchał spowiedzi chorych, rozdzielał Komunię świętą i udzielał im sakramentu namaszczenia. Organizował też procesje i zwoływał wiernych, aby modlili się za wstawiennictwem św. Sebastiana.

Kiedy Karol odwiedzał chorych, miał zawsze w dłoni nasączoną octem gąbkę i coś przyjemnie pachnącego w ustach. Miało to zapobiegać zarażeniu. Jeden z braci kapucynów tak opisuje działania przyszłego świętego w czasie dżumy: „Kardynał – arcybiskup często odwiedza chorych w lazarecie i pociesza ich, dodaje odwagi pracownikom, dogląda cmentarzy, gdzie chowani są zmarli na dżumę, bywa w barakach i zarażonych domach. Z wszystkimi rozmawia, wszystkich podnosi na duchu. Dowiaduje się, czy czują się już lepiej, czy mają w domu kogoś do pomocy, jak wygląda ich sytuacja finansowa. Sam nie ma już niczego do jedzenia i jest zupełnie ubogi. Miasto nie ma żadnej innej pociechy. Jest tak, jakby sama jego obecność budziła ludzi do życia. Byłoby największym nieszczęściem, gdyby Bóg powołał go teraz do siebie”.

Po około dwóch latach dżuma ustąpiła, pochłaniając prawie 17.000 ofiar. W niektórych dzielnicach nie pozostał przy życiu żaden z jej dawnych mieszkańców. Prawie w każdym domu panowała żałoba po kimś zmarłym na tę straszną chorobę. Mediolan był już wolny od dżumy, ale kraj jeszcze nie. Również na tym polu arcybiskup podejmuje działalność. Troszczy się o zatrudnianie personelu lekarskiego i o pieniądze. Nie stroni przed żadnym niebezpieczeństwem i przygotowuje tych, którzy leżą na łożu śmierci, na przejście do życia wiecznego. Powstały pogłoski, że Karol również zaraził się dżumą. Tym bardziej większa była radość, kiedy powrócił zdrowy do swojego Mediolanu. Mieszkańcy tego miasta zaraz po wybuchu epidemii ślubowali: „Kiedy tylko dżuma się skończy, odbudujemy zniszczony kościół pod wezwaniem św. Sebastiana!” Gdy dżuma powoli wygasała, zaczęto realizować owo przyrzeczenie. Każdego roku Mediolan obchodził uroczystość ku czci św. Sebastiana, patrona chorych na dżumę. Dzień ten świętowano niezwykle hucznie. Nadciągało nowe nieszczęście, które stawało się coraz bardziej widoczne: głód. Dotknięci nim biedacy wiedzieli, że w każdej chwili mogą iść po pomoc do domu arcybiskupa. Tam zawsze otrzymywali chleb. Kardynał zorganizował nawet kuchnię polową dla ubogich, którzy wówczas głodowali.

WIELKA MIŁOŚĆ KAROLA

Arcybiskup Mediolanu jeszcze w czasie dżumy ślubował, że odbędzie pielgrzymkę do Turynu. Tam jest przechowywany słynny Całun, w który owinięto Jezusa, zanim złożono Go w grobie. Karol wyruszył w drogę pieszo razem z dwunastoma towarzyszącymi mu osobami. Wędrowcy musieli przejść około 150 kilometrów. Arcybiskup Turynu wyszedł na spotkanie swemu znakomitemu gościowi z Mediolanu i zgotował mu uroczyste powitanie. Potem dostojnicy udali się do katedry, w której znajduje się słynne Płótno. Karol miał przemówić do tłumnie zgromadzonych wiernych, ale nie potrafił wypowiedzieć słowa, gdyż był tak bardzo przejęty. Kiedy wystawiono Całun w katedrze, aby lud mógł go uczcić, Karol z płaczem upadł na kolana. Miał wielkie nabożeństwo do Męki i Śmierci Jezusa.

Mediolan też posiadał swój szczególny skarb: relikwię ­– Gwóźdź z Krzyża świętego. Odnosił się do niego z wielką czcią, zwłaszcza w czasie dżumy.

Karol wielbił również Matkę Bożą. Odmawiał codziennie Różaniec i często odbywał pielgrzymki do miejsc poświęconych Najświętszej Maryi Pannie. Najbardziej ukochał sanktuarium w Loretto. Opowiadano, że aniołowie przenieśli z Nazaretu do Loretto święty domek, w którym mieszkał Jezus ze Swoją Matką i świętym Józefem.

KAROL ODDAJE SWE ŻYCIE

Karol w ciągu swej ziemskiej wędrówki dokonał wielu wspaniałych czynów i jego siły powoli się wyczerpywały. W ostatnim roku życia kilka razy poważnie chorował. Ale nie zważał na to i ciągle służył swojej diecezji. Arcybiskup Mediolanu stale powtarzał: „Mój ojciec umarł, mając 47 lat. Ja również jestem bliski tego wieku i nie będę żył dłużej”. W październiku 1584 roku udał się do pewnego klasztoru na szczycie góry, aby tam zaznać spokoju i ciszy. Całkowicie pogrążył się w modlitwie i postach. Nocą odwiedzał okoliczne kaplice i kościoły. Końcem października Karol znów poczuł się bardzo słaby. Dostawał coraz częstszych napadów gorączki. Lekarze radzili mu, by zaczął się oszczędzać, ale Karol nie chciał przerywać pracy. Pojechał do swej rodzinnej Arony, a stamtąd łodzią przez Lago Maggiore do Ascony. Na łodzi modlił się żarliwie, bo czuł zbliżającą się śmierć. Potem zaczął rozmawiać z wioślarzami i w pewnym momencie zapytał ich: „Czy potraficie się modlić?” „Tak, oczywiście! Ale to babska sprawa!” „Jestem przekonany, że nie modlicie się dobrze. Zmówcie teraz «Ojcze nasz»”, zachęcił ich arcybiskup. Jednak nikt nie chciał zaczynać. „Nie znacie tej modlitwy?” zapytał Karol. Wtedy zaczęli szybko i niedbale klepać „Ojcze nasz”. Karol zawołał: „Przestańcie! To nie jest przecież żadna modlitwa! Powtarzajcie za mną…” I zaczął razem z nimi powoli i wyraźnie odmawiać Modlitwę Pańską. Kardynał wyjaśniał im każde słowo tego cudownego pacierza. Wioślarze byli wielce zdziwieni i zaskoczeni słowami kardynała. Ten zaś był bardzo zadowolony, że może im głosić kazanie, gdyż czynił to zawsze z ogromnym zapałem. Czyżby to było ostatnie jego kazanie?

W drodze powrotnej do Arony wiele się modlił. Tam odprawił też swoją ostatnią Mszę świętą. Był to dzień Wszystkich Świętych i arcybiskup cieszył się z pobytu w rodzinnych stronach. Niestety, gorączka wróciła i, będąc bardzo słabym, musiał położyć się do łóżka. Zaczęto przy nim czuwać. Następnego ranka nie potrafił już odprawić Mszy świętej, ale wyraził życzenie, by zawieziono go do Mediolanu. W drodze do swojej diecezji czuł się coraz słabszy, a chwilami nawet tracił przytomność. Późną nocą dotarł wreszcie do swojej siedziby. Lekarze zalecili dla całkowity spokój. W pokoju chorego ustawiono ołtarz z obrazem Złożenia Jezusa do Grobu. Przed domem arcybiskupa zebrały się tłumy mediolańczyków w nadziei, że Karol pojawi się w oknie.

Przyszła tu również pewna matka, której dziecko, dzięki ofiarnej pielęgnacji arcybiskupa, zostało uzdrowione z dżumy. Opowiadała o tym cudzie kobiecie, która stała obok niej: „Kardynałowi zawdzięczam szczęście mojego życia. Uratował on moje dziecko od zarazy. To ten mały chłopczyk, który tam stoi, ma teraz osiem lat. Jest wprawdzie trochę wątły, ale zdrowy i bardzo ruchliwy!” Kobieta nie mogła wprost w to uwierzyć, ale matka mówiła dalej z ożywieniem: „Był bardzo maleńki, kiedy dopadła go dżuma. Arcybiskup zabrał go i zaniósł do szpitala. Powierzył go opiece braci zakonnych. Kapucyn, który go pielęgnował, opowiadał mi później: «Każdego dnia arcybiskup osobiście doglądał dziecka i naradzał się z lekarzami. Następnie polecił, by poprzecinać pęcherze, spowodowane dżumą. Sam był przy tym i pomagał pielęgniarzom». Potem ciało szybko się goiło i dziecko wróciło do zdrowia”.

Takim właśnie diecezjanie znali swojego arcybiskupa: niestrudzonego w służbie bliźnim, który nawet w ostatnich godzinach swojego życia załatwiał ostatkiem sił najpilniejsze sprawy.

Najważniejsze były u Karola jego duchowe relacje z Jezusem. Dlatego zażądał przed śmiercią pokrzepienia i wzmocnienia Komunią świętą i udzielenia mu namaszczenia chorych. Sakramenty te przyjął w wielkim skupieniu. Jeden z jego współpracowników czytał mu Mękę Pańską. Około godziny dziewiątej wieczorem Karol jeszcze raz spojrzał na Krzyż i zamknął oczy –   na zawsze. Było to 3-go listopada 1584 roku.

Kardynał arcybiskup Mediolanu niedługo po śmierci zaczął być czczony jako święty. Wiele modlitw zostało wysłuchanych za jego wstawiennictwem. Ponieważ św. Karol opiekował się chorymi w czasie dżumy, zaczął być uważany za patrona chorych na dżumę.

MIŁOSIERNY JAK KAROL

Kilka dziesięcioleci później znów wybuchła dżuma – tym razem we Francji. Nastały straszne czasy. Trwała wojna trzydziestoletnia. Dlaczego panujący, którzy ją prowadzili, nie mogli pokojowo rozstrzygnąć spornych spraw? Dlaczego ci rządzący pragnęli stale tylko powiększać swoje posiadłości i bogactwa? Nieustanne spory i wzajemne walki przysparzały krajowi mnóstwo cierpień. Wielu ludzi w tych walkach traciło życie, często kobiety i dzieci zostawały same na świecie i nie miały niczego, co mogłoby zaspokoić ich głód. Głód i wojny są czymś naprawdę okrutnym. Przez te wojny było wielu chorych i rannych. Znów brakowało miejsc w szpitalach. Wielu umierało tylko dlatego, że nie miał im kto pomóc. Najbiedniejsi coraz częściej stawali się bezdomnymi. Czyż nie wzbudzało to litości i współczucia?

W mieście Nancy żył pewien młody człowiek, Józef Chauvenel, syn zamożnego arystokraty. Sam będąc bogatym, nie mógł przyglądać się spokojnie temu, że tak wielu ludzi umiera z głodu i różnych chorób. Całą swoją wiedzę i majątek oddał na usługi ubogich. W swoim domu urządził dla nich aptekę. Sam również wyszedł na ulice i odwiedzał domy, aby zaopatrywać chorych w lekarstwa i pielęgnować ich. Pomagało mu w tym kilka kobiet, gdyż pracy nieustannie przybywało.

Pewnego dnia Józef usłyszał, że w sąsiednim mieście Toul znów wybuchła epidemia dżumy. Natychmiast tam pospieszył, aby służyć pomocą. Jednak przy pełnieniu owej posługi sam się zaraził i ciężko zachorował. Żaden lekarz nie potrafił mu już pomóc. Było to w roku 1651. Długa wojna dobiegała wprawdzie końca, ale w wielu miastach Francji panowała spowodowana nią nędza. Józef martwił się o wszystkich ubogich i chorych, którzy oczekiwali pomocy. Wiedział jednak, że niedługo umrze, prosił więc swojego ojca Emanuela, aby jego dziedzictwo przekazał kobietom opiekującym się najbiedniejszymi, by dzieło miłosierdzia, które wspólnie zaczęli, nadal mogło się rozwijać. Pragnął, by nadal wyszukiwać ubogich, opuszczonych i chorych, pielęgnować ich, troszczyć się o nich i mówić im, że nie mogą żyć i umierać bez Boga. Trzeba zadbać o wszystko, czego potrzebują. Polecił, żeby grupą kobiet kierowała pani Barbara Thouvenin i ma to być wspólnota tak dobra jak Święta Rodzina – Jezus, Maryja i Józef.

Kobiety chętnie podjęły się tej pracy. Emanuel, ojciec Józefa, podarował im dom, który nazwały „Domem Miłosierdzia”, gdzie każdy mógł znaleźć pomoc, zwłaszcza ci najbardziej potrzebujący. I tak, 18-go czerwca 1652 roku, rozpoczęło się nowe dzieło.

W tym czasie wielu ludzi wspominało Karola, który stał zawsze po stronie ubogich. Był czczony jako wielki święty i powstawało wiele obrazów i rzeźb z jego wizerunkiem. Również „Dom Miłosierdzia” miał przy wejściu figurę świętego Karola. To było powodem, że ludzie wkrótce zaczęli mówić: „Te kobiety, które tak wiele robią dla chorych i ubogich, to siostry świętego Karola Boromeusza” I tak już zostało.

CO CZYNIŁ KAROL, CZYŃMY I MY

Siostry miłosierdzia świętego Karola robią to samo, co ich święty patron: kochają Boga i ludzi. We wspólnym domu jak najprędzej urządziły własną kaplicę, gdzie Pan Bóg mógłby każdego dnia, o co nieustannie się modliły, wzmacniać je w ich trudnej i wyczerpującej posłudze. A żyły rzeczywiście tak jak Święta Rodzina, z Jezusem pośród siebie. Pragnęły również złożyć śluby, że nigdy nie przestaną służyć ubogim i chorym. To wszystko przyciągało też inne kobiety i dziewczęta, które mówiły: „To, jak żyjecie, i co robicie, jest wspaniałe. Czy mogłybyśmy z wami współpracować?”  I tak coraz więcej chętnych przyłączało się to owej wspólnoty. Nigdy nie brakowało pracy. W samym mieście i okolicznych miasteczkach boromeuszki odkrywały coraz to nowych ludzi potrzebujących ich pomocy: chorych i starych, niewidomych i niepełnosprawnych, dzieci, młodzież i dorosłych. Wszędzie do nich spieszyły, aby otoczyć ich swoją troską.

Siostry pielęgnowały chorych i poranionych do czasu, gdy ci znów odzyskiwali zdrowie i siły.  Kiedy tylko któraś z sióstr odezwała się do jakiegoś chorego dobrym słowem lub tylko się uśmiechnęła, ból natychmiast łagodniał i stawał się mniej dokuczliwy.

Cierpliwie wysłuchiwały starszych ludzi, starały się dla nich o ubrania i jedzenie, modliły się z nimi i mówiły im, że Pan Bóg w niebie czeka na nich z wielką miłością i któregoś dnia sam przyjdzie po nich w godzinie śmierci.

Było też wiele dzieci, które nie miały rodziców – dla nich siostry świętego Karola były jak druga matka. Inne, które były niewidome lub upośledzone, siostry uczyły, jak sobie powinny radzić w codziennym życiu. Dzieci chętnie chodziły też do przedszkoli i szkół prowadzonych przez siostry. Ucząc je różnych mądrych rzeczy, siostry nigdy nie zapominały o wskazywaniu dzieciom drogi do nieba.

Te wszystkie zadania pełnią siostry miłosierdzia świętego Karola Boromeusza również dzisiaj. Aby jak najlepiej je wykonywać, odmawiają gorliwie modlitwę, którą zanosił do Boga również święty Karol:

Panie, mój Boże,

całe moje serce należy do Ciebie.

Ono Cię kocha i niczego więcej nie pragnie,

Jak tylko Ciebie samego.

Weź je, Panie,

i napełnij do granic

Swoją miłością.